a ja powinnam przemyśleć wszystko
i zdobyć się na w pełni szczerą rozmowę która albo pociągnie to wszystko dalej albo zakończy w jednej chwili...
Od czego zacząć pewnie od początku...
Nasze początki były takie a nie inne...
Poznaliśmy się w takich a nie innych okolicznościach, ja byłam w ciągu a ty byłeś jednym z wielu, jednak zatrzymałeś mnie przy sobie, próbowałam z Tobą rozmawiać chociaż nie umiałam. Miałeś w sobie to coś co spowodowało że zwierzyłam Ci się z mrocznej tajemnicy mojego życia, nie wiem do dziś dlaczego to wtedy zrobiłam, pamiętam później za to łzy wypłakane w Twoje ramię i powrót tych kilkudziesięciu kilometrów do domu z pytaniem w głowie dlaczego to zrobiłam... odpowiedzi nie znalazłam do dnia dzisiejszego...
Potem były kolejne spotkania, były miłe, ciepłe, szalone a jednocześnie takie zwyczajne
Każde z nas było w związku i nie traktowało naszych spotkań poważnie, do tego ja nawet mojego związku już wtedy nie traktowałam poważnie...
Potem przyszła pora na wyprowadzenie się z domu, cel Warszawa... tam dopiero mogłam rozwinąć skrzydła, tak sądziłam...
Życie okazało się jednak inne i bardzo szybko zweryfikowało moje plany
To Ty mi pomogłeś kiedy zadzwoniłam z płaczem na końcu nosa pytając się czy nie pomożesz mi znaleźć mieszkania. Zostawiłeś wszystko i pomogłeś, pomagałeś utrzymać to mieszkanie.
Potrafiliśmy wtedy godzinami siedzieć i rozmawiać, oboje tkwiliśmy w związkach które rozpadały się.
Było mi z Tobą coraz lepiej... tęskniłam z dnia na dzień coraz bardziej, czekałam na telefon, wiadomość że będziesz że myślisz na cokolwiek...
Zakończyliśmy nasze związki, zostałeś po raz pierwszy na noc...
Zaczęliśmy być razem chociaż nie powiem kiedy to było co do dnia byliśmy ze sobą coraz bardziej związani, nie wiem kiedy padło słowo kocham ale czy to ważne.
Istotne było dla mnie to że nie wyobrażała sobie życia bez Ciebie, nie liczyło się dla mnie nic innego, zdanie innych ludzi, bo ważni byliśmy my, Ty i ja...
Zamieszkaliśmy razem, zapadła szalona decyzja o dziecku, udało się od razu czego żadne z nas się nie spodziewało.
Wcześniej dowiedziałeś się o mojej przeszłości o moim nałogu, chorobie
wyciągnąłeś do mnie rękę, chciałeś pomóc, szukałeś pomocy u profesjonalistów, ja nie byłam gotowa ani odrobinę, byłam wtedy pewna tego że nad wszystkim panuję i jak będę chciała to przestanę. Jednak bywały dni że tęskniłam za adrenaliną, za tym wszystkim, były dni i tygodnie kiedy bałam się wyjść z domu bo wydawało mi się że ktoś z przeszłości mnie śledzi obserwuje...
Ty czekałeś na mój ruch, ja nie potrafiłam rozmawiać na ten temat, za bardzo bałam się że Cię zranię opowieściami o moich erotycznych podbojach...
Kiedy przyszła ciąża ja zupełnie odcięłam się od tamtego tematu zaczęłam udawać że go zupełnie nie ma, nie pomyślałam wtedy o Tobie, że masz pytania wątpliwości myśli związane z tym tematem...
9 miesięcy minęło a w międzyczasie podjęliśmy decyzję że się wyprowadzimy do Twojego rodzinnego miasta bo będziemy mieli pomoc przy dziecku, skończyło się tak że Ty zostałeś ja się wyprowadziłam...
Wiesz o tym że nie cieszyłam się z tego powodu ale udawałam twardą...
Dla siebie mieliśmy sobotę i niedzielę, a reszta tygodnia sama z małą z myślami o Tobie, z dnia na dzień z tygodnia na tydzień frustracja rosła
Rosła jak kiedyś, kiedy dzwoniłeś wiedziałam że nie jest Ci łatwo bez nas, ja starałam się grać twardą, pamiętam tylko raz rozpłakałam Ci się do telefonu że mam dość i tęsknię...
Na smutek, przygnębienie i zresztą wszystko co złe miałam jedenen sposób, dostarczyć dużą dawkę adrenaliny i do tego znałam "rewelacyjny" na osiągnięcie tego celu.
Zaczęłam szukać, szukać tak jak kiedyś, uważałam że panuję jednak nałóg po raz kolejny zapanował nade mną, potem już poszło lawinowo...
wstydziłam się przyznać że nie byłam taka twarda że wpadłam po uszy, nie potrafiłam...
brnęłam w to bagno coraz głębiej i głębiej...
dowiedziałeś się, bo kłamstwo ma krótkie nogi...
potem przyszła Twoja choroba, prawdopodobnie przeze mnie ale nikt nie wie na 100% skąd się wzięła...
Miałam łatwy wybór albo zrobię coś z sobą albo zniszczę siebie i swoją rodzinę
Zrozumiałam że zupełnie nad tym nie panuję
Zapadła decyzja czas na terapię, po spotkaniu z psychologiem zrozumiałam że jedno spotkanie mi nie pomoże, ona zaproponowała terapię brutalnego kopa czyli ośrodek zamknięty...
Zabrałam oszczędności, trochę pożyczyłam i pojechałam na 4 tygodnie do ośrodka leczenia uzależnień który podjął się mojej tera[pi związanej z seksoholizmem...
To był dramat, kiedy zostałam tam sama, z dala od domu, z dala od Małej, z dala od niego miałam dość, chciałam wyć do księżyca, siedziałam na drewnianej bujaczce i łzy nie przestawały płynąć, następnego dnia zaczęła się terapia, jak się okazało od początku bardzo bolesna...
Byłam jedyną seksoholiczką w całym ośrodku bo takie przypadki zdarzają się bardzo rzadko. Jeszcze zanim terapia zaczęła się na dobre a wszyscy dookoła myśleli że jestem w ośrodku z powodu depresji usłyszałam od pewnego alkoholika że on wszystko by dał żeby zamiast od alkoholu uzależniony był od seksu, cicho wtedy odrzekłam tylko że nie wydaje mi się.
Później okazało się że jesteśmy w jednej grupie na terapii a ja otwarcie przyznałam się ze łzami w oczach że jestem seksoholiczką... on chciał zrezygnować... ostatecznie oboje zostaliśmy i skończyło się to tak że jednak nie chciałby mojego nałogu...
Moja terapia ostatecznie trwała ponad 6 tygodni, było ciężko, płynęły łzy ale zrozumiałam tam bardzo wiele, wiedziałam że musze kontynuować to co tam zaczęłam...
Rozmawialiśmy wtedy bardzo dużo przez telefon, po powrocie jednak ja już nie umiałam, bałam się cały czas że mogę go zranić, mój strach pozostał... a kolejne dni i tygodnie mijały...
On nie naciskał a ja nie próbowałam bo się bałam...
Zamieszkaliśmy razem, temat przeszłości uciekał i się oddalał, ja zrozumiałam swoją chorobę na terapii, on nie i tu tkwił problem...
Zaczęło się na nowo szare życie ale z mroczną przeszłością
Zaczęło być coraz lepiej tak mi się wydawało, tak czułam...
Potem przyszedł trudny okres, okazało się że jestem w ciąży, zupełnie nie planowanej, trochę czasu przepłakałam, potem przyszła wspólna radość, a zastanawianie się jak sobie poradzimy zeszło na dalszy plan...
Każdy mój pobyt w szpitalu zbliżał nas do siebie coraz bardziej...
W końcu zapadł wyrok i bez zastanowienia wspólna decyzja ratujemy naszego syna...
Mijały długie dni czekania na operację a później smutek po tym jedak jego serduszko przestało bić...
Dalej szpital i walka o moje zdrowie a potem życie...
pogrzeb Remka...
On poszedł w pracę i pracował coraz więcej i coraz dłużej, a ja zamknęłam się w sobie...
Ta tragedia która nas wcześniej tak zbliżyła zaczęła nas rozdzielać...
On pracował a ja zamykałam się w sobie, wiedziałam że za chwilę pojawi się smutek i frustracja, nie potrafiłam o tym rozmawiać, nasze rozmowy tyczyły się przyziemnych spraw, życia codziennego a nie uczuć, nas...
Zaczęłam szukać sposobu na zrobienie czegoś dla siebie...
w końcu znalazłam, jednak nie powiedziałam mu o tym, i tu tkwił cały problem, mój wielki błąd...
Zaufanie w końcu prysło...
Zrozumiałam że popełniłam błąd ale było za późno
Usłyszałam jego obawy ale też nie wszystkie tylko kilka, wypowiedziane cichy bolącym głosem...
Ja się załamałam, próbowałam popełnić samobójstwo...
Zrozumiałam też że tak na prawdę nie mam przyjaciół, jest kilka osób którym nie jestem obojętna...
Wiem też już na kogo mogę liczyć i jak bardzo...
Nie potrafimy ze sobą żyć, jestem toksyczna w związku i wiem że taka będę dopóki nie będę potrafiła rozmawiać, szczerze rozmawiać...
podjęłam decyzję jutro jadę do psychologa zacząć zmieniać siebie
może w końcu będzie lepiej
nie ja chcę żeby było lepiej, zrobię wszystko żeby tak było